Jak sprzedać obietnicę gry za ponad 80 milionów dolarów?

Jest taka gra, która jeszcze się nie ukazała i nie wiadomo kiedy spodziewać się premiery, a już dzieli środowisko graczy. Jedni ją kochają, inni deklarują zajadłą nienawiść nazywając projekt wprost największym przekrętem w historii gier wideo. Mowa oczywiście o Star Citizenie, opus magnum Chrisa Robertsa, twórcy kultowej serii symulatorów Wing Commander. Dzisiaj wpis o tym czego nie zauważają krytycy tego ambitnego projektu.

Inspiracją dla dzisiejszego wpisu była dyskusja na facebookowej grupie miesięcznika Pixel. Kolejna wyprzedaż statków do Star Citizena i jednocześnie obsunięcie premiery kolejnego modułu była świetną okazją do przypomnienia, że cały projekt jest najpewniej jednym wielkim przekrętem. Już kiedyś wyjaśniałem, że Star Citizen jest tak naprawdę symulatorem pilota a nie statku kosmicznego. Teraz postaram się wytłumaczyć skąd się biorą szaleńcy gotowi wydać 400 dolarów na statek, którym nawet nie można jeszcze polatać.

Zupełnie nowy rynek

Finansowanie Star Citizena przekroczyło już 84 miliony dolarów. Większość tych pieniędzy pochodzi ze sprzedaży coraz to nowszych modeli statków. Ostatnio do sklepu trafił luksusowy, pasażerski liniowiec, którego można dostać już teraz płacąc 400 dolarów. Szaleństwo? Być może, skoro za tę kwotę można dostać nowego laptopa i to nie koniecznie ze średniej półki albo topową kartę graficzną, która wreszcie pozwoli odpalić Wieśka Trzeciego na najwyższych detalach.

Z drugiej strony kupujemy coraz więcej cyfrowych dóbr, a wirtualne kolekcje książek, muzyki i gier już nikogo dziś nie dziwią. Dostęp do nich jest wygodny i błyskawiczny, a półki w mieszkaniach nie musza się uginać od wielostronicowych tomów czy pudełek z płytami DVD. No i teraz zastanówmy się – czy dokładnie tak samo nie jest w przypadku statków kosmicznych ze Star Citizena?

Dla fanów klimatów SF to wręcz spełnienie dziecięcych marzeń o półkach zapełnionych modelami z ulubionych filmów i seriali.

Piękne, dopracowane w najmniejszych szczegółach modele można obejrzeć we własnym wirtualnym hangarze, a w przyszłości również ruszyć za ich sterami na podbój galaktyki. Dla fanów klimatów SF to wręcz spełnienie dziecięcych marzeń o półkach zapełnionych modelami z ulubionych filmów i seriali. Ci mali chłopcy i dziewczęta są już dzisiaj dorośli i często majętni, mogą sobie pozwolić na powiększanie wirtualnej kolekcji takich modeli. Szczególnie, że na samym kupowaniu się nie kończy.

Społeczność wokół Star Citizena jest ogromna i bardzo aktywna. Już teraz powstają organizacje, które po premierze gry będą handlowały, przewoziły pasażerów, walczyły z piratami i łupiły gwiezdnych kupców. Ich członkowie wspólnie zbierają na droższe modele statków, żeby później zasilić szeregi organizacji. Są osoby, które zarabiają na YouTubie prezentując swoje hangary i nowe statki. Za pieniądze zarobione na reklamach kupują kolejne modele i w ten sposób koło się zamyka. Istnieje również rynek wtórny statków ze Star Citizena, gdzie unikaty kupione podczas wyprzedaży można sprzedać nawet z czterokrotnym zyskiem!

Genesis Starliner - cena, jedyne 400 dolarów.
Genesis Starliner – cena, jedyne 400 dolarów.

Geniusz czy oszust?

Niesamowitym sukcesem Chrisa Robertsa i jego ekipy było stworzenie zupełnie nowego rynku na którym można kupować unikatowe statki i potem nimi jeszcze handlować. Na każdym kroku starają się nas przekonać, że obietnice nie zostaną bez pokrycia, co miesiąc publikując raporty z prac i rozbudowując szczegóły uniwersum – jak na razie z powodzeniem. Choć do premiery gry jeszcze daleko fani już żyją wirtualnym światem, do którego materiały powstają nieustannie. Sam dałem się wciągnąć w to szaleństwo i jeszcze przy pierwotnej zbiórce dorzuciłem parę swoich groszy, choć zdecydowałem się na najtańszą opcję. Jak na razie nie czuję powodów do obaw i okazjonalnie odpalam hangar, żeby zobaczyć czy pojawiło się coś nowego.

Żaden produkt nie jest pozbawiony sensu tak długo, jak znajdują się osoby gotowe za niego zapłacić

Jestem zdania, że żaden produkt nie jest pozbawiony sensu tak długo, jak znajdują się osoby gotowe za niego zapłacić. W przypadku Star Citizena otrzymujemy jeden z najbardziej ambitnych projektów w historii gier wideo, który z własnej woli wsparło niemal milion osób. Jak na razie słowa krytyki w większości płyną od osób, które nie potrafią zrozumieć jak bardzo gra Chrisa Robertsa różni się od innych podobnych na rynku. To po prostu coś czego jeszcze gracze nie widzieli – a przynajmniej nie na taką skalę.

Oczywiście wciąż istnieje szansa, że Star Citizen okaże się klapą – takie ryzyko zawsze towarzyszy projektom wspieranym społecznościowo. Na razie nic jednak na to nie wskazuje. Dlatego teraz kończę pisanie i lecę znów zasiąść za sterami mojej poczciwej Aurory.


Jakie jest wasze zdanie na temat Star Citziena? Dajcie znać na Facebooku.