Metro 2035 [recenzja]


Po dziesięciu latach od debiutu Dmitry Glukhovsky kontynuuje wątki powieści, która przyniosła mu międzynarodową sławę. Jak zapowiada sam autor – świat znany czytelnikom „Metra 2033” stanie na głowie. Pytanie tylko, czy właśnie tego oczekiwali wierni fani?

Kiedy Glukhovsky po raz pierwszy zabrał czytelników w przerażającą podróż do postapokaliptycznego moskiewskiego metra, ich przewodnikiem był młody Artem. Urodzony na powierzchni chłopak zachował jedynie mgliste wspomnienia świata sprzed wojny. Poza tymi nikłymi strzępkami przeszłości całe jego życie skupiało się wokół podziemnej egzystencji na jednej stacji metra.

ed03b5d3f30f5db93529f1881637b627_4
Książka Glukhovskiego ukazała się dzięki wydawnictwu Insignis.

Ta debiutancka powieść była klasyczną opowieścią o dorastaniu, podróży przez życie, podczas której z niedoświadczonego, bojaźliwego chłopca wyrasta mężczyzna i bohater. Wiedziony przeznaczaniem i potrzebą uratowania mieszkańców swojej stacji, staje się wybrańcem często samotnie ruszającym do walki z wielkim niebezpieczeństwem.

Ostatnia część trylogii o moskiewskim metrze łączy wątki z dwóch poprzednich tomów. Głównym bohaterem znów jest Artem, ale wkrótce dołącza do niego Homer, znany z „Metra 2034” kronikarz pragnący spisać dzieje resztek ludzkości ukrywających się w tunelach głęboko pod powierzchnią ziemi. To właśnie im czytelnik będzie towarzyszył w kolejnej niebezpiecznej podróży po stacjach metra.

Powrót do uniwersum stworzonego przez rosyjskiego pisarza może być jednak zaskoczeniem dla wiernych fanów. Znikły gdzieś elementy gatunku science fiction, trudne do wytłumaczenia zjawiska i potwory żyjące na powierzchni. Metro straciło nadnaturalną, obcą atmosferę i stało się znacznie bardziej znajome. Na pierwszy plan wysunął się konflikt pomiędzy stacjami, które w postapokaliptycznym uniwersum pełnią rolę walczących o wpływy mikropaństw. Znacznie więcej uwagi autor poświęca społecznym implikacjom świata przedstawionego, relacjom pomiędzy ludźmi i opisom ekstremalnych warunków, w jakich muszą oni żyć, pozbawieni światła słonecznego, świeżego powietrza i normalnej żywności.

„Metro 2035” staje się więc pretekstem do pisania o niezwykle istotnych problemach politycznych i społecznych, z którymi zmaga się ojczyzna Glukhovsky’ego. Podziemne tunele i walczące ze sobą stacje są odbiciem współczesnej Rosji z jej skonfliktowanymi grupami i ideologiami. Cechuje je różne podejście do spraw państwa, władzy, życia codziennego, kultury i gospodarki, a także stawianie Państwa Rosyjskiego w opozycji do świata zachodniego. Autor kontynuuje w ten sposób krytykę obecnych rządów, ale również ludzkości jako takiej – w jego wizji nawet po zniszczeniu swojej planety nie jest ona w stanie pozbyć się uprzedzeń, małostkowych pragnień i zawiści.

Dmitry Glukhovsky to jeden z najbardziej rozpoznawalnych rosyjskich pisarzy młodego pokolenia i swoją najnowszą powieścią udowadnia, że nie zamierza stać w miejscu. Decyzja o wywróceniu do góry nogami uniwersum najbardziej poczytnej z jego powieści może wydawać się kontrowersyjna, ale pokazuje dojrzałość twórcy, który nie boi się podejmować trudnych decyzji. Część fanów może poczuć się zawiedzionych tym, jak bardzo zmienili się ich ulubiony świat i bohater. Z drugiej strony powieść jest znacznie bardziej przystępna dla osób, które nie miały wcześniej do czynienia z twórczością Glukhovskyego, choć nie należy ona do tych z gatunku łatwych i przyjemnych. O „Metrze 2035” będzie się jeszcze długo dyskutowało, dlatego też warto się z nim zapoznać.


Komentarze jak zawsze dostępne na Facebooku.